Noblesse oblige

Na początek chcę uspokoić. Będzie o fotografii, nie o Radziwiłach, Sapiehach i innych Potockich choć jak najbardziej będzie mowa o szlachectwie i to, moim zdaniem w jego najlepszej postaci.

Tak, pisać o szlachectwie i to pisać pochwalnie w 2019 roku, gdy zostało ono już setki razy wyśmiane, sparodiowane, obrzydzone przez komunizm, socjalizm, a większości tzw. szlachty z własnego szlachectwa pozostał już tylko sygnet to chyba pewnego rodzaju odwaga. Ale, gdy trafia się na to prawdziwe szlachectwo, w najlepszym wydaniu, nie sposób przejść wobec niego obojętnie.

Czymże jest szlachectwo? Szlachectwo to z pewnością przywilej, ale również, a może przede wszystkim obowiązek. Obowiązek, o którym nawet nie trzeba mówić, którego nie trzeba werbalizować, definiować. Szlachectwo to  tytułowe ‘noblesse oblige’. Rzeczy, które się robi, i których się nie robi. Tak po prostu. To poziom poniżej którego się nie schodzi, a gdy czasem trzeba, robi się to po cichu, niejako przy okazji, mimochodem, skupiając uwagę na czymś zupełnie innym. I myślę, że takie szlachectwo jest bardzo, ale to bardzo potrzebne. Nie tylko na poziomie ludzi, ale także firm, marek, nawet państw. Nie związane z samym urodzeniem czy posiadanym majątkiem lecz z tym, kim się jest, z tym co się sobą reprezentuje, co się chce sobą przedstawiać.

Ostatnio wpadł mi w ręce wspaniały dowód na takie właśnie szlachectwo, jeden z najpiękniejszych albumów fotograficznych w Małgosi i mojej kolekcji, album Paolo Roversiego Dior Images, powstały z okazji 70cio lecia marki Christian Dior, które przypadło na rok 2018. Album wysmakowany, przecudnie wydany, pełen niezwykłych zdjęć Roversiego (kto nie zna twórcy, bardzo polecam nadrobić).

Pomyślmy przez chwilę o znaczeniu tego albumu, podobnie jak i wystawy kreacji Domu Mody Dior w Muzeum Victoria & Albert House w Londynie. Jest wiek 21, czas dominującej nad wszystkim pop kultury. Nie chodzi mi już nawet o współczesne ikony, o Justina Bibera i jemu podobne gwiazdy i gwiazdeczki, ani nawet o instafluerów i instafluerki czy słynne ‘każdy jest fotografem’. Chociaż o to ostatnie troszkę tak. Pomyślmy jak większość firm obchodzi dziś rocznice. To przecież znakomita okazja by ogłosić konkurs na najwięcej polubień na instagramie, nobilitować instafluerkę prosząc ją o zaprojektowanie własnej super kolekcji czy podnieść dentystę do rangi artysty proponując mu wystawę jego czysto hobbystycznych rysunków. Przecież Pan Doktor od lat kupuje nasze plomby, niech poczuje się ważny, doceniony. Można też zaproponować specjalną edycję koszulki za jedyne 700zł zamiast zwyczajowych trzech tysięcy. Słupki skoczą, zyski wzrosną, księgowi zatrą ręce. W świecie, gdzie polityką rządzą sondaże a biznesem wyniki finansowe najbliższych miesięcy to zdaje się być jedyne podejście. Staramy się odrzucić ekskluzywność na rzecz inkluzyjności na siłę. Nobilitowania przeciętności, bo przecież to przyciąga klientów, którzy czują się wyróżnieni, docenieni choć na chwilę. W myśl warholowskiej zasady, że każdy będzie miał swoje pięć minut.

I na tym tle pojawia się Christian Dior. Marka legenda, ale przede wszystkim marka, która ma świadomość własnej wartości, wyjątkowości. Marka, która znajduje się na innym poziomie niż ogół, która nie musi lecz może. A raczej musi właśnie na tym poziomie pozostać. Bo… noblesse oblige. Bo szlachta ma obowiązki. Musi dbać nie tylko o portfel, choć jest on oczywiście ważny, ale musi też coś do świata, w którym funkcjonuje, wnieść. Ulepszyć go, upiększyć, uwznioślić. Pozostawić po sobie kolekcję Czartoryskich, Carnegie Hall czy dzieła wybitnego kompozytora. I nie ma tu znaczenia, czy Carnegie miał herb czy nie.

I to właśnie zrobiła marka Dior celebrując swoje urodziny albumem niezwykłego fotografa, genialnego wizjonera aparatu jakim jest Paolo Roversi. Albumem wysmakowanym, wypieszczonym, doskonałym w każdym calu. W warstwie fotograficznej, edytorskiej i wydawniczej. Albumem, który wyznacza zupełnie inny niż to, co widzimy na co dzień poziom i automatycznie pokazuje, że marka Christian Dior to nie zwykły producent odzieży. To Twórca i Mecenas. Prawdziwa szlachta.

A album jest pozycją obowiązkową. Nie tylko dla znakomitych zdjęć ale również dla wagi tej wypowiedzi. Warto zobaczyć jak subtelnie, z klasą, elegancją i bez pobłażania dla otaczającego świata pokazać własne, najprawdziwsze świadectwo. I tej reklamy nie przebije żadna ilość ‘lajków’. Nie będzie ona reklamą na miesiąc, dwa, a nawet rok. Opus Magnum Paolo Roversiego pozostanie, podobnie jak pamięć o wystawie, a Christian Dior będzie trwał w spokojnej świadomości, że to właśnie ta marka jest prawdziwą elitą. A inni muszą się z tym zwyczajnie pogodzić.

A mnie pozostaje powiedzieć jedynie; Christian Dior, dziękuję i mam nadzieję że doczekam Waszego stulecia i tego, jak je uświetnicie.

Będzie religijnie

Choć właściwie tytuł powinien brzmieć o Szatanie, Bogu i człowieku albo głupota nasza codzienna, ale to by przez SEO nie poszło. I nie, nie będzie to artykuł w stylu znanego toruńskiego radia. Zdjęcie kochanego zwierzątka oczywiście, również w zgodzie z trendami, dla zwrócenia uwagi:)

Szatan i Bóg to dla mnie nie tyle pojęcia religijne, co filozoficzne. Metafora zła i dobra, zniszczenia i rozwoju, które kierują naszym życiem. To nie osoby, byty fizyczne lecz ucieleśnienie naszych pragnień, pożądań, motywacji. Bóg, to pragnienie tworzenia, czynienia dobra, miłości, ale także ludzka mądrość i rozsądek. Trwałość i tak dalej. Szatan to jego zaprzeczenie, gniew, nienawiść, ale również głupota, ten nieszczęsny gen zniszczenia, który zdaje się w nas tkwić.  I niszczyć wszystko, co udaje nam się stworzyć. Nie nam jako Jasiowi Kowalskiemu, ale nam, ludziom. I to niestety ta siła wygrywa. Na każdym poziomie

No bo popatrzcie sami. Jakieś pół tysiąclecia po Koperniku na świecie mamy miliony tzw. flatearthers, ludzi twierdzących, że ziemia jest płaska. I nie, nie mówię o resztkach Indian skrytych w amazońskiej dżungli tylko o osobach żyjących w krajach uprzywilejowanych, mających dostęp do szkół, edukacji. A skoro już o dżungli mowa, to ten cud natury służy nam głównie do wycinania i przerabiania na plantacje produkujące nasz ukochany, rafinowany olej palmowy. A ilość flatearthersów sobie spokojnie rośnie.

Jednym z największych przełomów w historii człowieka było wynalezienie szczepionek. Począwszy od wścieklizny pokonywaliśmy kolejne choroby, wiele praktycznie wyeliminowaliśmy. Dziś już nie tysiące lecz miliony ludzi odmawia szczepienia swoich dzieci, a odra, ospa i inne paskudztwa powracają. Czy nie były one dawniej uważane za dzieło Szatana?

Takie przykłady można mnożyć. Z całych sił pracujemy by być ostatnim pokoleniem na ziemi wycierając sobie gębę szczytnymi hasłami, a jak już podejmujemy ‘działania’ to tak głupie jak samochód elektryczny (ślad węglowy większy niż w przypadku starego diesla, przynajmniej w krajach, gdzie prąd pochodzi z węgla). Dziedziny więc, o których chciałbym teraz mówić zdają się być nieważne przez porównanie. Choć, może to właśnie one, a nie elektrownie atomowe i najnowsze limuzyny definiują nasze człowieczeństwo… Tak przynajmniej zdawało się być przez stulecia. Mowa o nauce i sztuce, dla mnie dwóch największych klęskach ludzkości. Tak, klęskach, choć teoretycznie odgrywają dziś większą rolę w naszym życiu niż kiedykolwiek.

Zacznijmy od nauki. Stworzyliśmy więcej, w większości wspaniałych uniwersytetów niż kiedykolwiek. Ilość publikacji naukowych jest tak duża, że nie da się ich już pomieścić w największych bibliotekach. Mamy setki, tysiące znakomitych ekspertów w każdej niemal dziedzinie życia (mówię to bez najmniejszej ironii), tysiące znakomitych źródeł dostępnych za pomocą zwykłego smartfona do których każdy niemal może sięgnąć. Mamy też najbardziej w historii wykształcone społeczeństwo, praktycznie wolnego od pierwotnego analfabetyzmu, z największym w historii procentem ludzi z wyższym i średnim wykształceniem. A dla znakomitej większości z nas największymi autorytetami, osobami, na których wątpliwej  wiedzy polegamy są blogerzy, vlogerzy i celebryci, których jedyną umiejętnością jest autopromocja. Dla ¼ Polaków ulubionym lekarzem jest dr Google. A wg wszelkich badań średnie IQ ludzkości spada po raz pierwszy w historii.

Sztuka to kolejny przepiękny przykład działania ‘Złego’. Złej części nas. Jak zawsze zaczęło się pięknie. Gdy już zeszliśmy z drzew, wyszliśmy z jaskiń (choć i tam były malowidła), Sztuka rozwijała się wraz z nami, czasem szybciej od nauki. Odkrywaliśmy kolejne style, nurty, uczyliśmy się celebrować artystów, dopracowaliśmy się tego, że obowiązkiem społecznym elit stała się dbałość o sztukę, mecenat, że to dzieła sztuki stały się potwierdzeniem statusu społecznego . Stworzyliśmy salony sztuki, galerie, akademie. Tak, instytucje niedoskonałe, jak wszystko co ludzkie, ale niewątpliwie stanowiące niezwykły wręcz krok ‘do przodu’. I skorzystaliśmy z tego wszystkiego by w galerii pokazać pisuar i sprzedawać gówno artysty w puszce. Sztukę zamieniliśmy w prowokację, obrazę, parodię, a potem dziwimy się, że sztuka ponownie traci poważanie, staje się śmieszna, a o mecenacie można w większości przypadków zapomnieć.

Fotografia, bo o niej przecież też muszę napisać, jest tu też znakomitym przykładem. Rozwija się od ponad 150 lat i przeszła drogę od niemal przypadkowości, momentu, gdzie cieszyliśmy się, że w ogóle udaje nam się stworzyć jakiś obraz, przez kolejne etapy rozwoju technologicznego i przede wszystkim estetycznego. Po kilkudziesięciu latach  mogliśmy się pochwalić cudownymi pracami Steichena, Westona, później Cappy czy Avedona. Stworzyliśmy pikorializm, F64, Magnum, pojawili się Sugimoto, Salgado, Leibovitz i mnóstwo innych, znakomitych twórców, cudowne prace. Wreszcie, po latach dotarliśmy do chwili, gdy fotografia uznana została za kolejną dziedzinę sztuki. Pojawiły się znaczące kolekcje, muzea, opracowania. Tyle tylko, że rynek tak zamknięty, opierający się na niewielkim ułamku społeczeństwa był zbyt mały dla gigantów przemysłu i przy pierwszej okazji ‘trzeba’ było go poszerzyć. No i poszerzyliśmy gubiąc większość rzeczy, które są ważne, dziś ‘każdy jest fotografem’, każdy zdjęcie sobie ‘cyknie’, a im gorsze tym lepsze, bo takie osobiste. I nie, to nie tylko kwestia Internetu, facebooka i temu podobnych. Ani nawet tego, że mało kto na przykład chce weryfikować swe zdjęcia (kiedyś powiedziałbym ‘prace’) wysyłając je na konkursy, a i konkursów, gdzie zachowany jest odpowiedni poziom jury też jakby mniej, bo przecież pani sekretarka z urzędu miejskiego wraz z panem kierownikiem też znakomicie sobie poradzą. Przecież mają aparaty. Z jednej strony idziemy na akademie, niektórzy z nas jeszcze chcą się uczyć. A potem, do galerii przychodzą dwie studentki Akademii Sztuk Pięknych i jedna opowiada drugiej o magicznym filtrze w Photoshopie, którym można uratować każde zdjęcie, bo nawet jak będzie zepsute, nieostre, to jak się ten filtr nałoży to przejdzie na egzaminie.

Zdjęcie doskonałe

Nie tak dawno ukazał się w kioskach pierwszy numer polskiego Vogue, od dawna wyczekana polska odsłona legendarnego pisma modowego. I oczywiście jeszcze przed pojawieniem się na rynku pismo, jak na prawdziwą gwiazdę przystało, wywołało nie lada sensację, by nie powiedzieć skandal, za sprawą zdjęcia okładkowego. Zdjęcia parodiowanego, wyśmiewanego, komentowanego i krytykowanego jak mało które w ostatnich latach. Zdjęcia powszechnie okrzykniętego słabym, niemalże wypadkiem przy pracy. Że niby pałac się wali, że niby siermięga, zdjęcie bure, bez wyrazistego koloru, że przeklęta Wołga.

Tymczasem moim skromnym zdaniem to fotografia iście znakomita. Pomińmy już nawet symbolikę walącego się pałacu, jakby odchodzących w niepamięć lat sowieckiej dominacji, upadającego najważniejszego przecież jej symbolu. Pomińmy już nawet fakt, że oto wreszcie w Polsce pojawia się jeden z najważniejszych magazynów modowych. Pomińmy także to, że oto na okładce mamy dwie najprawdziwsze na świecie polskie supermodelki. Pomińmy wreszcie znaczenie kulturowe takiego wydawnictwa i jego potencjalny wpływ na polski świat mody, swoistą rolę okna na świat jaką taki magazyn może pełnić. Pomińmy także fakt, że oto wyjątkowo szarość, która nas tak wzburza i drażni jest niezwykle popularnym na świecie trendem, a więc okładka rzeczywiście jest na czasie i wpisuje się w światową fotografię. Bo tak akurat się składa, że światowa fotografia mody nie zawsze chce być taka jaką byśmy pragnęli ją zobaczyć; kolorowa, radosna, dekoracyjna, by nie rzec jarmarczna. Każda z tych rzeczy jest ważna, ale żadna sama w sobie nie stanowi o wybitności tego akurat zdjęcia.

Pomyślmy za to przez chwilę, po co tworzy się zdjęcie okładkowe. Przede wszystkim zdjęcie okładkowe magazynu debiutującego na nowym rynku. Jaki jest jego cel? To przecież jasne. Celem tym jest zwrócenie na pismo uwagi, wywołanie dyskusji, wzbudzenie ciekawości i wreszcie ściągnięcie do kiosków jak największej ilości potencjalnych kupujących. I jak żadne inne to zdjęcie swój cel spełniło. Bez tandetnych chwytów, epatowania wulgarnością, nieuzasadnionej nagości, obrażanio kogokolwiek czy któregokolwiek z jakże popularnych tandetnych chwytów stosowanych przez większość pism zdjęcie pokazane na okładce polskiego Vouge’a sprawiło, że w dniach poprzedzających premierę huczała o nim niemal cała Polska. A pismo sprzedawało się jak ciepłe bułeczki. A to, że pokazało nam też kawałek naszej rzeczywistości? To zderzenie zachodniego blichtru, do którego aspirujemy z siermiężną czasami rzeczywistością i cieniem czarnej Wołgi, który mimo upływu lat nadal momentami się nad nami unosi….

Ślepa uliczka fotografii, nie tylko prasowej?

Parę dni temu, jak co rano zajrzałem na ‚pewien znany portal społecznościowy’, tylko po to by zostać natychmiast niemal uderzony filmem przedstawiającym ćwiartowaną za życia krowę. Filmem tak graficznym, że mało nie oddałem śniadania (choć było bezmięsne). I to pomimo wcześniejszego zablokowania większości kanałów lubujących się w brutalnym nawracaniu na wegetarianizm.

Film szybko wyłączyłem i przeniosłem się na ‚znany portal informacyjny’. który natychmiast zaproponował mi dwie transmisje na żywo (no dobrze, w chwili, gdy włączyłem komputer nie były już na żywo, tylko z parogodzinnym opóźnieniem, ale to bez znaczenia) ukazujące jak jakiś porąbaniec morduje uczniów w szkole na Florydzie. Transmisje nakręcone ‚tu i teraz’, w czasie gdy rozlegały się strzały, przez kryjących się pod ławkami uczniów. Transmisje wydarzeń, o których mało kto pamięta trzy dni później, gdy piszę ten tekst.

Wieczorem tego samego dnia miałem przyjemność oderwania się od krwisto czerwonej, przepełnionej przemocą, realną choć szczęśliwie nie dotykającą mnie osobiście, rzeczywistości i poobcować z przepięknymi pracami Wańskiego, a także wysłuchać świetnego wykładu Krzysztofa Jureckiego Wańskiemu poświęconego. Nie ukrywam tu z resztą, że bardzo lubię słuchać wypowiedzi Krzysztofa, ponieważ nieodmiennie dają mi do myślenia, inspirują a często też budzą niezgodę, chęć do dyskusji, a to przecież w fotografii niezwykle cenne. W tym akurat wykładzie najwięcej do myślenia dały konkluzje o miejscu piktorializmu w dzisiejszej fotografii, a także o wartości poszczególnych jej rodzajów, z których jako najważniejszą prelegent wybrał fotografię ukazującą nam nieznane zło, cierpienie, konflikty, otwierającą nasze oczy czyli w dużym skrócie dominujący od kilkudziesięciu lat nurt fotografii prasowej.

Tyle tylko, że przez te kilkadziesiąt lat nasz świat się zmienił. Wróćmy na moment do wspomnianego filmu o cierpieniach nieszczęsnej krowy i do transmisji na żywo, od których nieco mimo woli rozpocząłem dzień. Czy zmieniły one coś w moim życiu? Czy wniosły nową wartość, informację, wrażliwość? Otóż nie. Nie wniosły nic ponieważ widziałem takich materiałów dziesiątki, jeśli nie setki. Więcej, zdążyłem się na nie na pewien potworny sposób uodpornić, wyrobić w sobie mechanizmy obronne podobnie jak coraz większa ilość ludzi dookoła mnie. Mechanizmy obronne bez których co wrażliwsi z nas będą mieli roblem z zachowaniem równowagi psychicznej wobec ciągłego ataku bólu i cierpienia jaki odbywa się za pomocą rozmaitych mediów. Można więc zaryzykować twierdzenie, że oba filmy przyniosły efekt odmienny do oczekiwanego.

Gdy ćwierć wieku temu Saddam nakazał podpalenie szybów naftowych w Kuwejcie, fotografować je pojechał sam Sebastiao Salgado. W czasie, gdy fotograf przemierzał pół świata, na zdjęcia czekały najważniejsze magazyny, czekali czytelnicy. Powstał materiał, który zobaczył niemal cały świat zachodni, materiał ważny, który wielu z nas pamięta do dziś. I bez niego wiedzieliśmy oczywiście, że szyby płoną, ale była to w dużej mierze wiadomość tekstowa, słowna, poparta kilkoma migawkami w telewizji. Niekompletna i dozowana. Czy gdyby dzisiaj szyby zapłonęły ponownie Salgado również udałby się do Kuwejtu? Gdyby oczywiście dalej uprawiał ten rodzaj fotografii. Może i tak, otwartym jednak pozostaje pytanie, czy świat i magazyny nadal czekałyby na jego zdjęcia. Śmiem w to wątpić.

Przez te 25 lat świat bardzo się zmienił. Kiedyś informacja docierała do nas za pośrednictwem jasno określonych kanałów o ograniczonej przepustowości. Przeciętny ‚Kowalski’ nie wiedział i nie mógł wiedzieć co dzieje się w Afryce, na Bliskim Wschodzie czy w wielu innych miejscach, jeśli nie pojechał tam dziennikarz, fotograf czy filmowiec, który smutną często rzeczywistość zarejestrował, przetworzył i pokazał w magazynie, albumie czy filmie dokumentalnym, który tenże ‚Kowalski’ musiał następnie obejrzeć bądź przeczytać. Dziś jest zupełnie inaczej. W niemal każdym zakątku świata są całe chmary ludzi wyposażonych w smartfony z aparatami i kamerami wysokiej rozdzielczości, połączonymi z internetem, który oplata naszą planetę coraz ciaśniejszą, coraz kompletniejszą siecią. Informacja, szczególnie ta dotycząca cierpienia i nieszczęść właśnie wylewa się wręcz z ekranów komputerowych i wyświetlaczy smartfonów na całym świecie, wypełnia portale społecznościowe, gdzie widok kobiecego sutka stanowi wykroczenie karane zablokowaniem konta, ale można bez skrępowania publikować filmy, na których jedni ludzie rozcinają drugich maczetami. A wszysko to dostępne jest tu i teraz, w czasie rzeczywistym lub niemal rzeczywistym. Dziś nie potrzebujemy dziennikarza, który pojedzie pokazać nam tragedię zakładników mordowanych przez Daesz bo zrobią to sami mordercy. Żaden fotograf nie musi też pokazywać nam zniszczonego Aleppo bo zrobią to i mieszkańcy, i syryjskie władze i dziesiątki organizacji humanitarnych zbierających datki dla potrzebujących, a przy okazji hojnie raczących nas obrazami ich krzywdy. Tysiące, jeśli nie miliony autorów, nadawców, organizacji konkurują o naszą uwagę, o nasze współczucie, starają się wzbudzić nasze emocje, uderzyć obuchem jeszcze mocniej, a świat zaczął jawić się jako jeden wielki rynsztok wypełniony krwią i okrucieństwem, choć pod tym względem wcale nie zmienił się przez ostatnie pół wieku.

Jako pierwsze połapały się w tym redakcje gazet, które zwolniły większość fotografów prasowych. Oczywiście wszyscy uznaliśmy, że to po prostu taka głupia oszczędność z ich strony, że darmowy content dostarczany przez amatorów jest zwyczajnie tańszy. Myślę jednak, że nie była to jedyna przyczyna. Przecież, gdyby fotografia prasowa jaką znaliśmy dotychczas nadal ściągała tysiące czytelników, gdybyśmy nadal czekali na materiał ukazujący tragedię na Florydzie czy płonące szyby, żaden wydawca przy zdrowych zmysłach by z tego materiału nie zrezygnował w imię pewnej oszczędności. Bo byłoby to jak zarżnięcie kury znoszącej złote jaja tylko dlatego, by oszczędzić na karmie.

Tyle tylko, że dzisiaj mało kto czeka na zdjęcia z Florydy. Ba, mało kto chce je w ogóle zobaczyć, bo wszyscy widzieliśmy już kilka filmów, dziesiątki zdjęć amatorskich, oglądaliśmy relacje na żywo spod szkolnej ławki sam na sam (niemal) z mordercą i zwyczajnie wiemy, co się wydarzyło. Więcej, mamy po prostu dość tej informacji, tego przekazu w nieskończoność usiłującego uwrażliwić nas i obciążyć całym złem, bólem i cierpieniem świata.

Czy to oznacza, że fotografia prasowa skończyła się? Albo czy skończyła się fotografia jako taka? Nic bardziej mylnego. Po prostu, podobnie jak przy każdej rewolucji technologicznej, nadszedł czas na zmianę podejścia, ponowne zdefiniowanie swej roli i zapewne też przewartościowanie, zmianę hierarchii ważności. Oczywiście pozostaną zapewne jeszcze przez wiele lat krwawe tajemnice, które odkryć może fotoreporter czy dokumentalista. Nadal są miejsca, gdzie informacja jest ściśle kontrolowana, gdzie nie ma smartfonów i internetu jak i takie, z których wydobywać ma się prawo jedynie ‚słuszna’ informacja. Jest przecież Korea Północna, są i rejony konfliktów, w których zaangażowane są główne mocarstwa zazdrośnie strzegące monopolu informacyjnego. Ale nawet tu znaczenie fotografii jakby spadło – przecież o tragedii Korei wiemy od pokoleń i nic z tego nie wynika.

Kolejna już po cyfrowej rewolucja technologiczna w fotografii stała się faktem niezależnie od tego, czy zmiany nam się podobają czy nie. Podobnie jak faktem stał się inny obieg informacji i inna jej dostępność, jak faktem stało się to, że zamiast musieć informacji szukać musimy ją jedynie selekcjonować, a często i bronić się przed nią dla własnego bezpieczeństwa. Podobnie jak Salgado w pewnej chwili nie wytrzymał ilości brudu, bólu i zła, z którym musiał się w swoim zawodzie mierzyć i zmienił zupełnie rodzaj uprawianej fotografii, odbiorcy zdjęć też często nie wytrzymują już dawki zła i przemocy, którą są codziennie traktowani, a jeśli nawet nadal ją akceptują, to ma ona wartość tylko tu i teraz. Nie za tydzień. A nie każdy fotograf ma tyle ‚szczęścia’ co Burhan Ozbilici. Dostrzegli to wydawcy gazet i magazynów, dostrzegły to korzystające z fotografii organizacje, dostrzegł to chyba również ruch amatorski, którego fotografia idzie w zupełnie innym kierunku. Czas najwyższy by dostrzegli to także krytycy i sami fotogafowie zawodowi, artyści, a przede wszystkim fotografowie prasowi, którzy dalej próbują zaklinać rzeczywistość i trwać przy wartościach i przekonaniach rodem z poprzedniego wieku, sprzed dwóch już rewolucji. Wystarczy z resztą spojrzeć na World Press Photo, najważniejszy konkurs fotografii prasowej; nie wiem, które zdjęcie go wygra, ale wiem, jakie to będzie zdjęcie. Będzie to zdjęcie najbardziej ze wszystkich okrutne, krwawe i epatujące bólem, cierpieniem i przemocą. Zdjęcie, którego chyba nie chcę już oglądać.

Czas już najwyższy poszukać nowego znaczenia fotografii, również prasowej, które pozwoli jej odnaleźć się i rozwijać w świecie, gdzie aparat bądź kamera jest na każdej niemal latarni i w każdej niemal kieszeni, w świecie, gdzie większość ludzi znakomicie wie jak strasznie zły ten świat jest, ale mało kto dostrzega zwykłe piękno. A przede wszystkim w świecie, który w coraz większym stopniu traci indywidualny charakter, spojrzenie, myślenie, odczuwanie. A przecież to właśnie one od zawsze były domeną artystów???

Wyróżnienie:) Monochrome Awards

Zawsze miło dostać wyróżnienie w fajnym konkursie, a jeszcze milej dwa; tym razem w Monochrome Awards w kategorii akt (no jakże by inaczej). Jeszcze milej, że ręcznie zrobione oleje bronią się na tle współczesnych cyfrowych edycji.

Dziękuję wspaniałym modelkom Madzi i Colette.

https://monoawards.com/winners-gallery/monochrome-awards-2017/professional/nude/hm/5887

Then & Now – to się nazywa wyzwanie

Nadszedł taki moment, gdy już dłużej nie można narzekać i siedzieć bezczynnie, także pora na podjęcie wyzwania. Naprawdę dużego wyzwania. Ale, po kolei:

Odkąd tylko poważniej zająłem się technikami historycznymi, z żalem zauważałem, że niemal wszystkie ciekawe wydarzenia z nimi związane dzieją się za wielką wodą. Co chwila docierają do nas wiadomości o wystawach, konkursach jurowanych przez największych mistrzów, o kolejnych publikacjach tematycznych. A u nas… eh. Jest parę jaskółek, ale generalnie, jak się chce zdjęcia pokazać w niezłej galerii na dobrej wystawie zbiorowej, pozostaje śledzenie wydarzeń w USA. A że generalnie wolę problemy rozwiązywać, niż na nie narzekać, nadszedł czas na podjęcie wyzwania.

I tak oto pojawił się konkurs Then & Now, organizowany we współpracy z Gdańską Galerią Fotografii Muzeum Narodowego. Konkurs, co do którego jestem głęboko przekonany, że co najmniej dorówna tym robionym poza Europą. I to z kilku powodów.

Po pierwsze, prace nie będą oceniane przez jedną osobą, bo jeden juror, choćby i najbardziej kompetentny, zawsze będzie nieobiektywny. Tak już ludzie mają. Zamiast tego proponujemy jury złożone z trzech osób; obok mnie znajdą się fantastyczni eksperci: Krzysztof Jurecki i dr hab Witold Jurkiewicz, twórca pracowni fotografii unikatowej.

Po drugie, prac nie będziemy oceniać w oparciu o przesłane elektronicznie wglądówki, o jpg. Miałoby to pewnie sens w przypadku zdjęć stricte cyfrowych, przecież dla nich to forma cyfrowa jest najbardziej pierwotną, prawdziwą. Nie wyobrażam sobie jednak oceniania w formie jpg gumy chromianowej czy ambrotypu. Jakby nie patrzeć, to są jednak dwa światy, a oryginał to oryginał. Już szkolimy pracowników jak z takim oryginałem należy postępować.

Po trzecie wreszcie, wystawa pokonkursowa nie zawiśnie w domu kultury (z całym dla nich szacunkiem) czy mało znanej galerii przy bardziej znanej kawiarni (choć i takie rozwiązanie ma zalety), ale w Muzeum Narodowym, czyli w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc. I to nie, jak czasami bywa, na korytarzu lecz w Gdańskiej Galerii Fotografii, którą całą dostajemy do dyspozycji. Kto był na wcześniejszych organizowanych tam wystawach wie, że miejsce to zacne.

Swoistą wisienkę na torcie stanowić będzie też katalog, namacalny, fizyczny, nie w formie PDF czy prezentacji na stronie internetowej, chociaż i taka będzie.

A teraz chwila reklamy:) Prace można nadsyłać do 5 lutego. Zapraszamy wszystkich otworkowców i twórców pracujących z wykorzystaniem technik alternatywnych. Chyba, że chcecie czekać na kolejną edycję.

 

 

Wesele kaszubskie wg I. Gulgowskiego

Z najwyższą przyjemnością przedstawiam pierwszy w Polsce album prezentujący wyłącznie zdjęcia wydane w technice ambrotypii.

„Wesele kaszubskie wg. I. Gulgowskiego” to niezwykła podróż w czasie, wyprawa w czasy  dawno minione. To fotograficzna opowieść o dawnych zwyczajach kaszubskich, opisanych ponad sto lat temu przez Izydora Gulgowskiego, ponownie przywołanych do życia przez autora zdjęć, Radosława Brzozowskiego i wspaniały Zespół z Muzeum: Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach Kiszewskich, opowieść unikalna, opowiedziana tak, jak ukazana mogłaby być stworzoną sto pięćdziesiąt lat temu; na szklanej płycie.

„Wesele kaszubskie wg Izydora Gulgowskiego” to miesiące przygotowań,  szukania tekstów źródłowych, czytania, rozmowy z etnografami, tygodnie szycia strojów, kręcenia kwiatów z bibuły, lata praktyki w ciemni kolodionowej, a to wszystko zostało zwieńczone trzema dniami ciężkiej pracy fotografa i jego zespołu.

W czasie trzech dni udało się odtworzyć i „zdokumentować” prawdziwe kaszubskie wesele,  takie które mogłoby się odbyć w połowie XIX wieku. Wesele razem z tradycyjnymi przygotowaniami: ubijaniem świń, kur, z zaręczynami, zaślubinami i, przede wszystkim, huczną wiejską zabawą. Przez trzy dni opowiedzieliśmy historię Młodej Pary  od poznania aż do zaślubin tak, jak to było w 150 lat temu.

Zdjęcia: Radosław Brzozowski

Tekst na motywach „O nieznanym ludzie w Niemczech”: Radosław Brzozowski

Wstęp: Krzysztof Jurecki

Język: polski i angielski

Ilość stron: 144

Album można nabyć tu: http://szlachetnafotografia.com/wesele-kaszubskie-wedlug-i.-gulgowskiego/

Bardzo ważny projekt

Właściwie miało być ‚This is the End albo Bardzo Ważny Projekt’, ale google powiedziało, że tytuł jest za długi. A tak na poważnie, to projekt był faktycznie bardzo ważny i przyniósł mnóstwo okazji do nauki.

Otóż dobre półtora roku temu zwróciła się do mnie p. doktor z Warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, specjalistka w dziedzinie konserwacji starych fotografii, proponując współpracę przy jej najnowszym projekcie badawczym. Moją rolą miało być odtworzenie czterech wybranych przez p. doktor procesów historycznych i przygotowanie kilkudziesięciu odbitek w każdej z technik, oczywiście z zachowaniem rygorów dotyczących sposobu ich wykonania i czystości zastosowanych na każdym z etapów materiałów.

Projekt okazał się być trudniejszym i bardziej czasochłonnym niż sądziliśmy, szczególnie, że dwie ze zleconych technik stanowiły dla mnie nowość, a wszystkie odbitki trzeba było wykonać na niezwykle delikatnym papierze, czyli na bibule Whatmana. Zanim w ogóle można było zacząć pierwsze próby z odbitkami, trzeba było dotrzeć do tekstów źródłowych, poznać receptury stosowane w wieku dziewiętnastym, dobrać odpowiednio materiały i wykonać dziesiątki testów tak, by nie marnować cennego papieru, pokrytego wcześniej warstwą barytową. Szczególnie, że akurat bibuły Whatmana pokrytej warstwą barytową miałem dokładnie tyle arkuszy, ile należało wykonać odbitek, a więc nie było miejsca na błędy. Zgodnie z przewidywaniami najtrudniejszym wyzwaniem okazało się rozkładanie emulsji na tak dużych arkuszach papieru.

Moja część projektu zakończyła się oficjalnie wczoraj, z chwilą, gdy oddałem p. doktor ostatnie próbki wykorzystanych materiałów; wcześniej do Warszawy pojechała blisko setka odbitek A3. Teraz pozostaje mi jedynie czekać na wyniki badań i wykonanych w oparciu o moje odbitki testów zniszczeniowych. No i oczywiście cieszyć się poznanym przy tej okazji, niezwykle pięknym papierem POP, z którego mam zamiar często korzystać.

Papier chlorowy POP

Jedno z moich ostatnich odkryć i jednocześnie bonus pozostały po Bardzo Ważnym Projekcie (więcej o tym na blogu). Papier chlorowy typu pop to jedna z pierwszych technik żelatynowo srebrowych, technika, która znacząco przybliżyła zmierzch techniki albuminowej i dała początek rozwojowi, a później dominacji fotografii żelatynowo srebrowej.

A teraz kilka szczegółów. Większość osób zainteresowanych fotografią tradycyjną z pewnością zna emulsje fotograficzne (lub raczej tradycyjne papiery fotograficzne) naświetlane pod powiększalnikiem, a następnie wywoływane w celu uzyskania widocznego obrazu. Wielu z nas kojarzy też dawniejsze techniki, takie, jak papier solny czy odbitka albuminowa, w których obraz pojawiał się pod wpływem samego naświetlenia, bez konieczności wywoływania (określane zbiorczym mianem POP – Print Out Papers lub Print Out Processes – jak kto woli). Mało kto jednak wie, że istniał też swoisty łącznik pomiędzy tymi dwoma procesami/epokami technologicznymi, czyli emulsje fotograficzne typu POP.

Pod wieloma względami można powiedzieć, że łączyły one najlepsze z dwóch światów. Z jednej strony nie wymagały użycia wywoływacza, a więc pozwalały na ocenę ekspozycji już w kopioramie, niemal w czasie naświetlenia, co było cechą bardzo cenioną, szczególnie przez szerokie rzesze fotoamatorów. Z drugiej pozwalały na wcześniejsze przygotowanie papieru już uczulonego, który można było przechowywać przez co najmniej kilka tygodni. Dzięki temu fotograf, a szczególnie nie dysponujący rozbudowaną pracownią fotoamator mógł nabyć gotowe, światłoczułe już papiery bez konieczności ich samodzielnego przygotowywania.  Papiery te zachowywały względną łatwość pracy jaka charakteryzowała wcześniejsze materiały takie, jak papier solny i pozwalały na wykorzystanie właściwe niezmienionej obróbki, a z drugiej strony pozwalały na osiągnięcie obrazu o większej intensywności, większej głębi, a przede wszystkim o idealnie błyszczącej powierzchni. Podobnie, jak papiery solne czy albuminowe, papiery typu POP (i to zarówno te żelatynowe, jak i kolodionowe) można także było tonować w sposób bardzo podobny do wcześniejszych materiałów.

Wynalezione kilkadziesiąt lat po powstaniu fotografii, pozostały ogólnodostępnymi, popularnymi materiałami aż do okresu międzywojennego by ostatecznie zostać wypartymi przez materiały wymagające użycia wywoływacza lecz umożliwiające powiększanie negatywów zbyt małych do kopiowania stykowego. Ostatnie fabryczne papiery typu POP zniknęły z rynku już w tym tysiącleciu.

Papier solny

Papier solny, często zwany talbotypią, to jedna z najstarszych i, niestety często niedocenianych, technik fotograficznych. Tymczasem jest to technika wyjątkowo piękna i wszechstronna, technika, która doczekała się też niezliczonych modyfikacji i stała się podstawą dla najważniejszej, najpopularniejszej techniki wieku dziewiętnastego czyli odbitki albuminowej.

Wokół papieru solnego narosło wiele mitów i legend, często negatywnych, przez co wiele osób technikę tą lekceważy. Tymczasem papier solny, wraz ze swoimi popularnymi wariantami, takimi jak papier skrobiowy (ang. arrowroot paper) to technika niezwykle subtelna, pozwalająca na uzyskanie przepięknych obrazów, pełnych delikatności i wyrazu, o wspaniałym detalu. Zdecydowanie technika warta poznania i wykorzystania.

Wesele kaszubskie wg I. Gulgowskiego

„Wesele kaszubskie wg I. Gulgowskiego” to chyba największy i najważniejszy projekt, jaki dotychczas udało mi się zrealizować. Ale… od początku.

Można by rzec, że wszystko zaczęło się z okładem sto lat temu, gdy Izydor Gulgowski, założyciel skansenu we Wdzydzach Kiszewskich pisał swą monumentalną książkę „O nieznanym ludzie w Niemczech”, bo to ona ostatecznie stała się źródłem inspiracji i pomysłów.

Dla mnie jednak wszystko zaczęło się dwa lata temu, gdy wraz z ekipą Muzeum Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach Kiszewskich zakończyliśmy projekt „Minione, nie zapomniane”. Przyjechaliśmy do Muzeum przywożąc przygotowane na wystawę prace, usiedliśmy wraz z naszymi wspaniałymi partnerami oglądając efekty naszej pracy i…. zaczęliśmy zastanawiać się co dalej. Bo to, że ciąg dalszy musi nastąpić, nie ulegało wątpliwości. Wtedy też wpadliśmy na pomysł, by zrealizować projekt poświęcony jednemu z najważniejszych momentów w życiu człowieka; zaślubinom. Wtedy też zdecydowaliśmy, że chcemy by projekt powstał w technice kolodionowej, dokładniej w ambrotypii. O tym, że powstanie z niego album nie mieliśmy jeszcze pojęcia.

Gulgowski przyszedł niejako naturalnie. W końcu na kim oprzeć się we Wdzydzach, jeśli nie na Gulgowskim? No i okazało się, że źródła dotyczące dawnych kaszubskich obyczajów nie są tak bogate jakbyśmy chcieli.

Kilka miesięcy później, spotkaliśmy się ponownie, by zdjęcia zrealizować. Trzy dni wytężonej pracy, dosłownie od godziny siódmej rano do 24, czasami do pierwszej w nocy, zaowocowały wykonaniem blisko stu płyt prezentowanych w chwili obecnej na wystawie w Muzeum Kaszubskim.  Warto tu podkreślić, że cała wystawa powstała przy wydatnej pomocy Muzeum, Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach Kiszewskich, bez której jego realizacja byłaby zwyczajnie niemożliwa.

Gdy wystawa już zawisła, doszliśmy do wniosku, że powstał materiał jeszcze chyba ciekawszy i ważniejszy, niż w pierwszej chwili nam się wydawało, materiał godny tego, by opublikować go w postaci albumu; i tak oto powstał pierwszy w Polsce (i chyba nie tylko w Polsce) album złożony w całości ze zdjęć wykonanych w technice ambrotypii, wzbogacony inspirowaną Gulgowskim opowieścią, którą miałem okazję napisać i wspaniałym wstępem autorstwa Krzysztofa Jureckiego.

Poniżej prezentuję kilka zdjęć z projektu; całość można obejrzeć w dwujęzycznym albumie, który można nabyć tutaj: http://szlachetnafotografia.com/kategoria/ksiazki-tematyczne/wesele-kaszubskie-wg-i-gulgowskiego

Krajobraz olejem malowany

Życie uczy pokory:) Na przykład tego, że nigdy nie wolno mówić nigdy. Pamiętam, jak parę, czy paręnaście lat temu zarzekałem się, że fotografia krajobrazowa, wszystkie te mola, morza, góry i doliny, lasy i przestworza to nie dla mnie. A tu… proszę bardzo. Przyszedł czas i na mnie i na krajobraz tyle, że wykonany w technice olejnej. I to chyba przez ten olej, przez magiczny, malarski sposób w jaki ukazuje świat krajobraz mnie wciągnął. Ta galeria będzie rosła.

Znowu w radio

Tym razem będzie bardzo na bieżąco. Już jutro, 12 września 2017 (to dla tych, którzy na post trafią później), w Radio Gdańsk można będzie wysłuchać wywiadu przeprowadzonego przez Włodka Raszkiewicza z Małgosią i ze mną poświęconego, jakże by inaczej, albumowi przedstawiającemu kaszubskie wesele. Wszystkich serdecznie zapraszam przed odbiorniki.

W tym samym czasie we Wdzydzach, kończyć się będzie oficjalna premiera albumu połączona ze spotkaniem z jego twórcami, na które również serdecznie zapraszam; a radia można posłuchać w samochodzie, w drodze powrotnej z Muzeum.

Pierwsza książka po angielsku

Troszkę nie po kolei, ale dla porządku trzeba odnotować. Kilka miesięcy temu ukazała się pierwsza moja książka przełożona na język angielski : Albumen Print – A Practical Guide. Tym samym wychodzimy poza rynek polski; docelowo oczywiście większość, a może i wszystkie książki ukażą się w języku angielskim i dostępne będą nie tylko w naszym sklepie, ale również na Amazonie.

Tak na marginesie, angielska książka dostępna jest już od paru miesięcy i kupiły ją osoby z przeróżnych krajów; Kanady, USA, Meksyku, Argentyny, Włoch, Niemiec, Hiszpanii i paru jeszcze innych. Ogromną przyjemność sprawiają maile, w których klienci piszą, że publikacja jest świetna, wyczerpująca, że dzięki niej rozpoczęli przygodę z albuminą:)

Jakby ktoś chciał obdarować znajomych, książka dostępna jest tu: http://www.alternativephotographicsupplies.com/en_US/p/The-Albumen-Print-A-Practical-Guide/349

Album jest!

No to jest zwieńczenie ostatniego roku. Po 11 miesiącach od fenomenalnej sesji zrealizowanej wspólnie z zespołem Muzeum Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach Kiszewskich ukazał się mój pierwszy album fotograficzny „Wesele kaszubskie wg I. Gulgowskiego”, pierwszy w Polsce album zawierający wyłącznie zdjęcia wykonane w technice ambrotypii. Na 144 stronach albumu znalazła się nie tylko większość wykonanych w czasie sesji zdjęć, ale również historia pewnego ślubu, którą napisałem w oparciu o oryginalny opis Izydora Gulgowskiego opublikowany nieco ponad 100 lat temu, a także znakomity wstęp pióra Krzysztofa Jureckiego.

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego projektu, chyba najważniejszego, jaki do tej pory zrealizowałem. Przede wszystkim dziękuję Małgosi Bardoń, która wspierała mnie od samego początku, od chwili, gdy pojawił się pomysł na sesję. Małgosia pracowała i przy tworzeniu samej koncepcji zdjęć, i w czasie sesji, gdzie zarządzała planem zdjęciowym, i przy przy późniejszym skanowaniu powstałego materiału i przygotowaniu go do publikacji. Była też pierwszym i najważniejszym recenzentem tworzonych na potrzeby albumu tekstów i samego albumu.

Serdecznie dziękuję także Marcie Grzybowskiej, która ciężko pracowała ze mną w czasie samej sesji zapewniając niezbędne wsparcie w ciemni. W czasie, gdy ja wykonywałem zdjęcia, Marta pracowicie szorowała płyty, płukała wykonane zdjęcia by później pomóc przy ich werniksowaniu. Bez jej pomocy wykonanie blisko stu płyt w ciągu trzech dni, w warunkach polowych gdzie w ciemni nie było bieżącej wody, a każde zdjęcie trzeba było po utrwaleniu zanieść do odrębnego pomieszczenia, w którym mogło być wypłukane, byłoby zwyczajnie niemożliwe.

Gorące podziękowania kieruję również do Iwony Klinger, Bartosza Stachowiaka i Mateusza Słomińskiego z Muzeum, którzy pomagali zarówno na etapie przygotowań do sesji, jak i w czasie ich wykonywania nie tylko koordynując prace pozostałych modeli z Muzeum, ale i samemu wcielając się w najważniejsze role.

Oczywiście dziękuję również wszystkim osobom, które zgodziły się wystąpić na zdjęciach w sposób wręcz doskonały wczuwając się w role Kaszubów sprzed ponad stu lat.

Bezcenna była także pomoc samego Muzeum Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich, którego Dyrekcja nie tylko zgodziła się na udostępnienie historycznych pomieszczeń i artefaktów, ale również umożliwiła pracownikom udział w sesji w godzinach pracy. Pani Dyrektor dr Katarzynie Kulikowskiej serdecznie dziękuję.

Chciałbym również podziękować p. Janowi Sienkowskiemu z Moloko Studio, który zadbał o świetny skład albumu, Krzysztofowi Jureckiemu, który zgodził się opatrzyć go niezwykle ciekawym wstępem oraz Stevenowi Jonesowi, który zadbał o poprawność językową angielskiego przekładu wszystkich tekstów umieszczonych w albumie.

Wystawy

Pierwsza połowa 2017 obfitowała w wystawy, zdecydowanie bardziej niż się spodziewałem. Do początku czerwca mój projekt „Minione, nie zapomniane” zdobił ściany w Muzeum – Kaszubski Park Etnograficzny im. Teodory i Izydora Gulgowskich we Wdzydzach Kiszewskich. Musiałem go zdjąć, bo już czekało miejsce w Stacji Kultura w Rumi. Ściany wdzydzkiego muzeum długo nie pozostały puste, bo miejsce prac olejnych zajęła kolejna moja wystawa; 69 ambrotypów ilustrujących kaszubskie wesele odtworzone wg opisu założyciela Muzeum Izydora Gulgowskiego. Pewnie znowu z rok powisi, szczególnie, że Muzeum zarezerwowało zdjęcia do końca roku 2018.

Równolegle moje fotografie zawisły na dwóch wystawach zbiorowych w USA; całkiem nieźle jak na półrocze. Teraz będzie chwila przerwy, bo całą energię pochłonęły prace nad książkami, ale mam nadzieję niedługo pokazać nowe prace. Może znowu zawisną?

Orłowo - Odbitka Olejna

Kolejna miła niespodzianka

No i jest nauczka. Nie zgłaszać zdjęcia jednocześnie na dwa konkursy, szczególnie, jeśli wyróżnienie wiąże się z koniecznością wysłania na wystawę oryginalnej odbitki wykonanej w technice olejnej, a oryginał wykonany został w technice olejnej. Zawsze może się okazać, że zdjęcie wyróżnione zostanie w obu konkursach jednocześnie, a przecięcie odbitki na pół raczej nie wchodzi w grę. W takiej właśnie sytuacji znalazłem się niedawno, gdy moja fotografia znalazła się jednocześnie na dwóch wystawach w Stanach Zjednoczonych, a ja musiałem ‚na wczoraj’ dorabiać drugą kopię zdjęcia olejnego, co bynajmniej nie jest zadaniem łatwym. Na szczęście, udało się na ostatnią chwilę i zdjęcia na wystawy  w Photo Place Gallery oraz w Se Centre for Photography dotarły.

W międzyczasie to samo zdjęcie zostało też wyróżnione w Monochrome Awards; tam na szczęście oryginału wysyłać nie było trzeba, bo z trzecią odbitką mógłbym się nie wyrobić.

Miła niespodzianka

Takich niespodzianek poproszę jak najwięcej. W krótkiej przerwie od pracy nad książkami i projektem poświęconym kaszubskiemu weselu wysłałem parę zdjęć na poświęcony fotografii artystycznej konkurs Fine Art Photography Awards. Oczywiście, wszystkie wysłane zdjęcia były odbitkami historycznymi, a raczej skanami z takich właśnie odbitek. Ciekaw byłem przede wszystkim jak zdjęcia wykonane ręcznie, pędzelkiem czy gąbeczką poradzą sobie w zderzeniu z wypieszczoną w Photoshopie fotografią cyfrową na wysokim poziomie.

Muszę nieskromnie przyznać, że wynik był bardziej niż zadowolony. Na pięć zgłoszonych wśród profesjonalistów prac dwie zostały wyróżnione w kategorii aktu, a nadmorski krajobraz zdobył pierwsze miejsce w kategorii seascapes. Wyróżnione akty wykonane zostały w technice platynotypii oraz technice gumowej, a praca nagrodzona w technice olejnej. Jurorom serdecznie dziękuję za docenienie prac tak odmiennych od tego, co obecnie dominuje w świecie fotografii i umocnienie przekonania o słuszności obranej drogi.

Orłowo - Odbitka Olejna

Pierwsze miejsce w kategorii Seascape wśród zawodowców

Komplet wyników można zobaczyć tu: https://fineartphotoawards.com/winners-gallery/fapa-2016-2017/professional/seascape

Ciemnia analogowa – Przewodnik praktyczny

No i stało się. Zamiast planowanej książki o papierze solnym, spędziłem parę miesięcy w ciemni; tym razem klasycznej, analogowej. Nie ukrywam z resztą, że czas był to wielce przyjemny, na pewien sposób, można mówić o podróży sentymentalnej, choć przecież nigdy z ciemni tak naprawdę nie wyszedłem, zamieniając po prostu papier barytowy na techniki historyczne. Przyjemny, bo to właśnie w ciemni fotograficznej się poniekąd wychowałem; od chwili, gdy dostałem pierwszy powiększalnik i wyeksmitowałem rodzinę z łazienki, poprzez ciemnię w ogólniaku, aż po bardziej już profesjonalną w TSF.

Efektem tych kilku miesięcy jest kolejna książka w Bibliotece Szlachetnej Fotografii, tym razem poświęcona pracy w ciemni, a przede wszystkim jej podstawom.  Książka przeznaczona przede wszystkim dla osób, które nie miały, tak, jak ja przywileju dorastania w ciemni fotograficznej, a chciałyby doświadczyć tej magii dziś, gdy technologia tradycyjna z takim rozmachem wraca na rynek.

Nie jest to książka przeznaczona dla doświadczonych ciemniowych praktyków, nie znajdziecie w niej niezliczonych receptur i bardzo zaawansowanych metod pracy nad odbitką fotograficzną. Moim zamiarem było raczej stworzenie podręcznika dla osób początkujących lub takich, które zetknęły się być może z pracą w ciemni, ale niewiele z dawnych lat pamiętają bądź też nigdy nie miały okazje zebrać większego doświadczenia. W książce omawiam podstawy technologii analogowej, dostępne narzędzia i materiały; filmy, papiery, koreksy, powiększalniki i odczynniki oraz szczegółowo wyjaśniam, jak z nich korzystać. Nie zabrakło też dokładnych instrukcji jak film wywołać, podstawowych receptur wywoływaczy oraz prostych metod manipulacji obrazem negatywowym takich, jak forsowanie negatywu. Dokładnie wyjaśniłem także proces tworzenia powiększenia fotograficznego, od stykówki i wglądówki poprzez odbitkę wystawową, jej tonowanie czy retusz. Wierzę, że książka ta pozwoli wielu osobom samodzielnie rozpocząć pracę w ciemni i wykorzystać oferowane przez fotografię analogową możliwości w znacznie lepszym stopniu niż czyni to większość osób sięgających po kliszę fotograficzną bez pomocy.

Książkę nabyć można tu: http://szlachetnafotografia.com/ciemnia-analogowa-przewodnik-praktyczny/

Cyjanotypia - Przewodnik praktyczny

Cyjanotypia – Przewodnik praktyczny

I tak oto kolejna książka dołączyła do Biblioteki Szlachetnej Fotografii. Tym razem czas przyszedł na Cyjanotypię, technikę chyba ze wszystkich najpopularniejszą, a jednocześnie najbardziej niedocenianą, by nie powiedzieć lekceważoną.

Najpopularniejszą ponieważ, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydaje się ona być banalnie łatwa. Ot, bierzemy dwa odczynniki, dwa roztwory, które można kupić w Szlachetnej Fotografii, mieszamy w równych proporcjach, nakładamy na papier, suszymy, przykładamy negatyw, wystawiamy na parę minut na słońce, wkładamy do wody i voila; jest odbitka. Zdać by się mogło, nic prostszego. Ta prostota, podkreślam pozorna, zachęca wszystkich zainteresowanych technikami dawnymi by właśnie od cyjanotypii zaczynać swoją przygodę.

Lekceważoną ponieważ, również na pierwszy rzut oka, wydaje się ona być banalnie prosta i oferować bardzo ograniczone możliwości. Przecież, skoro coś jest tak proste, nie może dawać dużych możliwości. No i ten nieszczęsny niebieski kolor, który tylko czasami pasuje do zdjęcia.

Po zakończeniu pracy nad książką poświęconą odbitce pigmentowej, postanowiłem zmierzyć się z mitem prostoty i banalności, które od lat prześladują cyjanotypię i pokazać, w miarę moich skromnych możliwości, całe bogactwo możliwości, których dostarcza. Miesiące badań i testów, analiza zarówno źródeł historycznych, pochodzących z wieku 19tego, jak i współczesnych pozwoliły na zebranie materiału, którego bogactwo zaskoczyło nawet mnie; od różnych receptur, poprzez sposoby, dzięki którym można kontrolować kontrast powstałych odbitek, rozliczne metody ich tonowania, nie tylko w herbatce, aż po o wiele mniej typowe rozwiązania takie, jak wykonywanie odbitek na szkle. Rezultatem tych prac była książka, najobszerniejsza ze wszystkich, które do tej pory poświęciłem dawnym technikom fotograficznym, do zapoznania się z którą serdecznie zapraszam.

Książkę Cyjanotypia – Przewodnik praktyczny zamówić można tu: http://szlachetnafotografia.com/cyjanotypia-przewodnik-praktyczny/